Ze Słowacji przez Polski Grzebień - 17 lipiec 2010

Tyle wyrzeczeń i trudu. Pobudka w „środku nocy”, kilkuset kilometrowa podróż, dźwiganie ciężkiego plecaka i w końcu mozolna wspinaczka. Krok za krokiem w słonecznej spiekocie. Wyżej i wyżej. Kto nie gościł w wysokich górach, ma prawo zamyślić się nad sensem takiej recepty na relaks. Kiedy jednak przełamie niechęć, pokona słabości i stanie pośród skalistych turni, spoglądając w przepastną otchłań  doliny, serce bezwiednie zawoła – Boże nie skąp zdrowia, i daj siłę by tu powrócić. To czarodziejska kraina, choć turystyczne mapy opisują ja pretensjonalnym określeniem Wysokie Tatry.

pol_grzeb_min.jpg

W uzupełnieniu do galerii fotografii : profil przebytej trasymapa, fotki Piotra Zaremby, fotki Zbyszka Kozaka oraz moje, nieco inne spojrzenie na te same obrazy
My mamy ich skrawek. Są piękne, ale prawdziwe bogactwo kryje się obok. W łańcuchach szczytów rozciągających się po Słowackiej stronie. Tam szlaki są dłuższe, turystów mniej a różnorodność i surowość widoków daje wędrowcowi możność zaistnienia się w baśniowym świecie gór. Wariantów wycieczek mających swój początek miedzy Smokowcami a Szczyrbskim Plesem i prowadzących na dwutysięczniki jest wiele. Ciekawsze moim zdaniem to te, które kierują się w poprzek głównego grzbietu Tatr - wprost do Polski. Taką opcję wybraliśmy, wyruszając z Tatrzańskiej Polanki i podążając wzdłuż Doliny Wielickiej, pod monumentalny masyw Gerlacha. Upalny poranek nie zapowiadał jeszcze zmiany pogody, o której wspominały prognozy meteo. Mając jednak tę wiedzę, bezpieczniej było planować dalszą trasę. Jej cel to odległa o ponad 25 kilometrów Łysa Polana. A po drodze, tuż po minięciu rażącego brzydotą hotelu, zwanego Śląskim Domem, rozległy Wielicki Staw, ponad którym polana pokryta dywanem kwiatów. To Ogród Wielicki, zwany tutaj Kvetnicą. By stało się jeszcze piękniej, na skraju polany donośnie pogwizduje świstak. Wokół strome ściany Gerlacha i Staroleśnego Szczytu. Przed nami, daleko pośród turni, na tle szarzejącego nieba, rysuje się szczerba przełęczy. To Polski Grzebień. Polski, bo do ostatecznej regulacji przebiegu granicy państwowej, był prawie nasz. A dziś – jeszcze kilka półek skalnych, zręczny chwyt ubezpieczających łańcuchów i też jest nasz – choćby na chwilę. Pamiętając o kaprysach pogody trzeba korzystać z tych dobrych momentów, więc szybka decyzja i mały skok w bok - na Małą Wysoką. Mała, ale solidna, bo licząca 2 429 m. npm. góra o zboczu przypominającym pod szczytem wielka piramidę. Ścieżka dość wymagająca, ale warto stanąć na wierzchołku i tam dopiero zasmakować prawdziwego majestatu Tatr. Trudno słowami opisać obrazy ścielące się wokół. To jedno z takich miejsc, które jak magnes będą przyciągać człowieka do kolejnych odwiedzin. Spojrzenie w Dolinę Staroleśną (Velka Studenna Dolina) z połyskującymi na zboczach Sławkowskiego Szczytu stawami i ukrytą między głazami Zbójnicką Chatą, jest niezapomniane. Już wiem, że powędrujemy jeszcze tą doliną, by stanąć w jej wnętrzu. Usiąść na kamieniu nad lazurową krystalicznie czysta taflą wody, spojrzeć na żółte kaczeńce i czerń stromych skalnych ścian, otaczających ten baśniowy świat. Tymczasem trzeba wracać na przełęcz i kierować się przez Litworową Dolinę do sąsiedniej Doliny Białej Wody. Ścieżka prowadzi obok Zmarzłego Stawu, którego nazwa jest adekwatna do zastanej rzeczywistości, gdyż mimo środka upalnego lata powierzchnia wody jest pokryta mokrym śniegiem, zmieszanym z lodem. Czuć chłód, a ciemniejące niebo i pomruki nadciągającej burzy jeszcze potęgują to wrażenie. Dalej ma nam towarzyszyć górski potok, dający nazwę dolinie i ciekawe widoki na masyw Młynarza. Nie do końca udało się je kontemplować, gdyż nawałnica i półgodzinne gradobicie zamieniło potok w rwącą rzekę, a turystyczną ścieżkę - w górski potok. Cóż, takie są góry i prawdziwe przeżywanie ich bliskości. Prowadząca do wylotu doliny rozmokła ścieżka, mimo wszystko udowodniła, że jest o wiele ciekawszym pomysłem na wędrowanie, niż asfaltowa droga do Morskiego Oka, wytyczona nieopodal i biegnąca prawie równolegle, choć po drugiej stronie granicznej Białej Wody.
Jeden dzień a tyle doświadczeń i przeżyć. Czy więc nie warto było zbudzić się niemal w „środku nocy”, zarzucić ciężki plecak i wyruszyć po przygodę i mocne wrażenia ?
Krzysztof Parkitny

Komentarze Dodaj komentarz 19 lipca 2010 21:30 Dodał: krzysztof
Separator

Komentarze do notki "Ze Słowacji przez Polski Grzebień - 17 lipiec 2010" (6)

  1. Piotrek Zaremba 19 lipca 2010 22:59

    Witam

    Przesyłam link do albumu z moimi zdjęciami

    http://picasaweb.google.pl/piozar1507

    Piotrek

  2. bz 20 lipca 2010 19:54

    Doznając takich wrażeń często mówimy: “tego nie da się opisać”.
    Jak widać nie jest to prawda. Niektórzy potrafią. Pozdrawiam.

  3. ZbyszekK 20 lipca 2010 22:51

    W uzupełnieniu zapraszam do swojej galerii

    http://my.opera.com/ZbyszekK/albums/

    Byłem w końcówce peletonu, jednak udało mi się kilka osób zatrzymać w kadrze. Pozdrawiam serdecznie

    Zbyszek

  4. Robert 22 lipca 2010 14:41

    Dzięki Krzysiek za zorganizowanie wspaniałej wycieczki w słowackie Wysokie Tatry.
    Piękne krajobrazy, cudowna panorama Tatr z Małej Wysokiej, i w moim przypadku niezapomniana kapiel w krystalicznie czystej wodzie w stawie Velickim u podnóża Gerlacha.

    Wszystkiego najlepszego z okazji zbliżajacych się imienin. Robert

  5. krzysztof 22 lipca 2010 23:36

    Słowa, jakkolwiek nie byłyby wyszukane , rzeczywiście nie opiszą piękna, które człowiek chłonie w górach, jakimś pozamaterialnym zmysłem. Później gromadzi te przeżycia gdzieś na pograniczu “snu i jawy”, a potem - chce się tym podzielić. I tak rodzą się słowa, wiersze, reportaże, uchylające jedynie furtkę ogrodu tego bajecznego świata. Coś więcej dopowie obraz, zapisany fotografią. Wszystko to jednak pozostanie martwe, aż do chwili, gdy serce nie rozgorzeje na widok przepastnej doliny, stromych turni, nieba strzępionego skalnymi załomami. Później już tylko chce się tu wracać, by znów “karmić” duszę niepowtarzalnym pięknem i cieszyć się, że można to czynić z przyjaciółmi.
    Dzięki Robert za pamięć i życzenia.

  6. anita 25 lipca 2010 13:07

    “Nie straszny nam ni wiatr ni grad ni burzy grzmot…” Pozdrawiam wszystkich uczestników tej niesamowitej wyprawy a solenizantowi Panu Krzysztofowi życzę jeszcze wielu takich górskich ” spacerów”.Pozdrawiam Anita

Separator

Dodaj komentarz

You must be logged in to post a comment.